Uncategorized

DZIEŃ PAŃ #13

Niektórzy obchodzą, niektórzy nie obchodzą no i dobra. Ja już dawno chciałem coś napisać o kobietach w moim życiu, więc to będzie dobra okazja. To nie będzie coś wybitnie głębokiego, a bardziej pretekst do zrobienia playlist z Paniami.

W moim życiu bardzo ważną rolę odgrywały kobiety, tak te na ekranie i w muzyce jak i te w życiu. Zawsze miałem do nich szacunek, byłem pełen podziwu dla tego co robią i zawsze żal mi jest jak widzę, że nadal muszą walczyć o swoje w świecie zdominowanym przez mężczyzn…niestety. Często lepiej dogaduję się z kobietami niż z facetami, którzy jednak cały czas muszą ze soba konkurować w jakiś dziwny, niezdrowy sposób.. Ten post jest więc w hołdzie dla wszystkich Pań!! Trzymajcie się, nie dawajcie się wykorzystywać, bądźcie dalej tak wspaniałe, kreatywne i mądre jak jesteście!!!

Co do Pań o których chciałem wspomnieć to jest ich kilka i każdej jestem za coś wdzięczny i każda z nich z czymś mi się kojarzy.

Björk uwielbiam. Podziwiam ją za jej wspaniały głos, za jej wspaniały, otwarty umysł, za jej kreatywność i wybitną, niespotykaną oryginalność. Jestem jej fanem jeszcze zanim działała solo (mówię tu o The Sugarcubes) czyli wydała płytę Debut. Ubóstwiam jej teledyski, jej sposób myślenia. Pewnie szerzej o niej jeszcze opowiem w jakimś wpisie.

Fionę Apple ubóstwiam za jej bezkompromisowość, za jej cudowny sposób myślenia o miłości, życiu i relacjach damsko męskich, który bardzo swego czasu był podobny do mojego. Jest wybitnie wspaniałą, wrażliwą wokalistką, o wspaniałym głosie. Jej teksty są bardzo warte poczytania. Kiedy wycofała się z muzyki na jakiś czas przez swoje problemy psychiczne bardzo jej kibicowałem, żeby wróciła do zdrowia. Udało się. Z ciekawostek to mój przyjaciel kiedyś pożyczył ode mnie album Fiony na kasecie magnetofonowej, żeby przy jej muzyce oświadczyć się swojej dziewczynie. Tak wtedy poważnie traktowaliśmy muzykę. Mnie zostało do tej pory. Dzisiaj robiąc playlistę i słuchając jej utworów dostałem gęsiej skórki. Nadal do mnie to trafia. No i ten Matt Chamberlain na perkusji (grał swego czasu z Pearl Jamem. Gra u Eddie Brickell, która jest w mojej playliście).

Suzanne Vega uwielbiam od dawien dawna. Pamiętam, że w szóstej klasie podstawówki uczyłem się na jej tekście Tom’s Diner angielskiego na lekcjach. Analizowaliśmy tekst. Bardzo fajny zresztą. Uwielbiam ją za ten ciepły wokal i jej historie w tekstach. Taki inteligentny, poetycki folk na najwyższym poziomie. Chciałbym posłuchać jej na żywo…straciłem tą okazję w zeszłym roku niestety.

Selene Vigil z 7 Year Bitch i w zasadzie większość dziewczyn z ruchu Riot Grrrl (The Gits z Mią Zapatą, Kathleen Hannę) za to, że nie bały się krzyczeć o niesprawiedliwości i krzywdach, która je dotykała.

Za kawał dobrej punkowej muzyki, za wspaniałe mocne osobowości pod wpływem których byli tacy muzycy jak Cobain czy Vedder (swoją drogą mocno wspierający działania kobiet i angażujący się w różne akcje typu np. pro-choice).

Za to, że nie bały się sięgać po ostre słowa, mocne zachowania na scenie po to, żeby zwrócić uwagę na niesprawiedliwość, która dotyka kobiety.

Kim Gordon za jej tajemniczość, wspaniale nieidealny głos i kobiecość, która w połączeniu z brzmieniem Sonic Youth daje mieszankę wybuchową, która super celnie trafia w moją wrażliwość muzyczną.

Janis Joplin za jej pełen mocy, obłędny wokal i obłędną osobowość będącą ikoną wolności lat 70-tych. Uwielbiam słuchać jej płyt.

Winonę Ryder za jej subtelność, za jej piękno i za to, że jej kilka ról spowodowało, że zapałałem do niej pierwszą miłością platoniczną. Jej role kogoś wyobcowanego, nieprzystającego do społeczeństwa zawsze kojarzyły mi się ze mną samym, więc mieliśmy wiele wspólnego. Rola u Jarmuscha czy w Orbitowaniu bez cukru czy w filmie Boys…ah! Marzyło się wtedy żeby mieć taką dziewczynę.

Claire Danes (podobnie jak Pani wyżej) uosabiała wszelkie cechy dziewczyny, których poszukiwałem jako nastolatek. Mega wrażliwa, niezrozumiana, nieszczęśliwie zakochana. Nadal mam do niej słabość choćby teraz w Homeland. Serial My so called life oglądałem namiętnie i przeżywałem losy bohaterki wrzucając się w tą rzeczywistość na całego. To była bardzo ciekawa alternatywa dla seriali o uśmiechniętych, głupkowatych nastolatkach w kolorowych ciuchach. Angela była bardzo grungowo ubrana i miała fajnych, oryginalnych przyjaciół. Patrzyła na świat oczami nie tak już niewinnego i nieświadomego dziecka jak to powinno być w jej wieku. Swoją drogą zawsze wydawało mi się, że Jared Leto byłe mega za kiepski dla niej, że to jakaś pomyłka, ale cóż…

Susan Sarandon za jej wielką klasę i wspaniały talent aktorski. Obserwuję jej profil na Instagramie i mimo, że ma już swoje lata to nadal mnie urzeka swoją osobowością i swoim zaangażowaniem choćby w politykę. Chciałbym w jej wieku mieć taką otwartość umysłu i świeżość w postrzeganiu rzeczywistości.

Diane Keaton za swoje genialne role w filmach Woodego Allena. Za pokazanie mi jak skomplikowane potrafią być relacje damsko męskie i jak może się to wszystko pogmatwać (uprzedzając moje dalsze losy). Za wprowadzenie mnie do innego rodzaju humoru, takiego z wyższej półki, za pobudzenie mojego myślenia.

Gillian Anderson za Danę Scully w X – files. Za to, że pierwszy raz miałem do czynienia z serialem tego typu. W latach 90-tych był to dosyć przełomowy serial, a jej postać również była nietuzinkowa, bo w większości role kobiece w tego rodzaju tematyce były raczej drugoplanowe. Miała też świetną stylówke, którą inspirowało się dużo dziewczyn w tamtych czasach.

Sigourney Weaver za Ripley w Obcym. Film (zwłaszcza pierwszy klasyk: Obcy – ósmy pasażer Nostromo z 1979 roku), który po pierwszym oglądnięciu spowodował, że do dzisiaj pewne elementy z tego filmu typu puste korytarze Nostromo czy biała krew androida powoduje u mnie pocenie się rąk. Uwielbiam ten film. Sigourney Weaver była pierwszą kobietą obsadzoną w roli tego typu herosa w historii kina. Sposób jaki skopała tyłek Obcemu jest rewelacyjny. Sama Ripley (mimo, że zupełnie nie jest w typie urody, która do mnie przemawia) jest tam wybitnie sexowna i scena końcowa z jej ubieraniem skafandra po cichu doczekała się setek gifów, a nawet paru artykułów – o czym się dowiedziałem dzisiaj, przygotowując tego posta. Uwielbiam ją też w Ghostbusters, aczkolwiek to już inna bajka.

Wspaniała Mia Wallace czyli Uma Thurman – muza Tarantino z czasów Pulp Fiction. Rewelacyjna rola. Wspaniale kojarzy mi się z moim dzieciństwem i wizytami u mojego przyjaciela Kuby, którego rodzice (obydwoje związani zawodowo z kinem) mieli plakat z Pulp Fiction, ten z Mią leżącą na łóżku, na drzwiach wejściowych. Rewelacyjna zarówno w odsłonie przed OD jak i po.

Frances Mcdormand, która swoją rolą w Fargo dołączyła do moich ulubionych aktorek. Rewelacyjnie zagrana rola policjantki oraz wiele innych wspaniałych ról (w tym wspomniane w poprzednim poście Trzy billboardy za które dostała w tym roku, parę dni temu Oscara).

Maggie O’connell z Przystanku Alaska, czyli Janine Turner, która w zasadzie nie pojawiła się już nigdzie później jeśli chodzi o znaczące filmy. Ten serial odmienił moje życie, do dzisiaj ma działanie terapeutyczne kiedy go puszczam w gorsze dni, od razu teleportuje mnie w ten utopijny, fikcyjny, wspaniały świat, który przywraca mi chęci do życia. Maggie wspaniale się złości na Fleischmana, wspaniale pokazuje jak ciężkie i pełne roztrek może być życie 30-latki. Kiedyś wydawała mi się tak dużo starsza, a teraz jest już tak dużo młodsza. O samym serialu na pewno będzie oddzielny post.

Trzy wspaniałe Panie z kolejnego wspaniałego serialu Twin Peaks. Każda miała coś innego w sobie co mnie wybitnie pociągało, fascynowało czy niepokoiło. Genialne kreacje, w genialnym serialu. Donna, wspaniale melancholijna, płaczliwa i piękna. Audrey kapryśna, złośliwa, niegrzeczna. Shelly delikatna, zastraszona i zagubiona. Każda odsłona przekonująca i wzbudzająca nigdy niewzbudzone struny z innego zakresu wrażliwości na film.

Wreszcie Diane Arbus, czyli chyba jedna z pierwszych fotografek, którą poznałem i która wywróciła moje postrzeganie fotografii do góry nogami. Jej zdjęcia zrobiły mi w głowie porządny bałagan i udowodniły, że są światy i rzeczy o których nie miałem pojęcia.

Tak naprawdę to tylko część kobiet ze świata sztuki, które wpłynęły na mnie i pokazały mi coś innego, spowodowały, że poczułem coś innego, doświadczyłem czegoś innego wizualnie czy brzmieniowo. Skłoniły mnie do myślenia, do refleksji. Dzięki nim na pewno w jakimś stopniu rozwinąłem swoją wrażliwość, otworzyłem się na problemy kobiet i staram się myśleć o kobietach w zupełnie nie stereotypowy sposób, traktując je z szacunkiem i uwagą.

Stworzyłem dwie playlisty – jedna bardziej melodyjna:

druga bardziej punkowo buntownicza (nie wszystkie należały do Riot Grrrl):

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

2 thoughts on “DZIEŃ PAŃ #13”

  1. Kocham większość, chciałam być dwiema z nich. No dobra, nadal chcę. Ostatnio na smutek oglądałam „Syreny” z Winoną i Cher. I znakomitym, jakby nawet męskim!, Hoskinsem. Na smutek pomogło, nadal zabawne i mądre po latach, ale już nie tak podniecające jak kiedyś niestety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *